Skip to main content

Z nie lada przytupem zakończył 2020 rok najlepszy prawdopodobnie polski ciężki Marcin Tybura.

 

Jeszcze rok temu Marcin Tybura znajdował się w niezwykle trudnym sportowo położeniu. Miał za sobą dwie z rzędu porażki przez nokauty, a z pięciu poprzednich starć zwycięsko skończył tylko jedno. Innymi słowy, ważyła się jego przyszłość w UFC.

 

Dwanaście miesięcy i cztery występy w oktagonie później sytuacja uniejowianina uległa jednak zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni.

Uratowawszy się w lutym przed zwolnieniem – wypunktował Sergeya Spivaka – i nabrawszy później rozpędu zwycięstwami na punkty z Maximem Grishinem w lipcu i Benem Rothwellem w październiku, w sobotę Marcin Tybura stanął w szranki z Gregiem Hardym.

 

Będący minimalnym bukmacherskim faworytem Amerykanin rozpoczął walkę fantastycznie, w pierwszej rundzie zdecydowanie rozdając karty w stójce i dobrze broniąc się przed zapaśniczymi podejściami Polaka. Kilka razy nawet odrobinę Tyburą zachwiał, mocnymi ciosami rzucając go na siatkę.

Nasz zawodnik przetrwał jednak trudne chwile, a do drugiej rundy wyszedł z mocnym postanowieniem poprawy. Hasając żwawo po oktagonie, ostrzeliwał słabnącego z minuty na minutę rywala, by następnie przenieść walkę do parteru. Tam gra toczyła się już do jednej bramki – unieruchomiwszy Hardy’ego na dole, Tybura zasypał go metodycznymi uderzeniami, dopełniając dzieła zniszczenia – sędzia nie miał wyboru i przerwał walkę.

 

 

– Mój występ był dobry pod tym kątem, że wygrałem przez techniczny nokaut w drugiej rundzie – powiedział podczas konferencji prasowej po gali. – Pierwsza runda nieszczególnie mi się podobała, bo dostałem kilkoma uderzeniami. Wiedzieliśmy jednak, że uderza mocno i może się tak stać.

 

– Jestem bardzo zadowolony, że zdołałem to przetrwać i potem skończyłem go w drugiej rundzie.

 

Seria czterech zwycięstw, jaką może obecnie się pochwalić, jest najlepszą Marcina w jego dotychczasowej karierze w UFC. Nigdy wcześniej nie wygrał też aż czterech pojedynków w roku kalendarzowym.

 

To jednak nie wszystko, bo pokonując Grega Hardy’ego, uniejowianin doszlusował do Francisa NgannouCurtisa Blaydesa i Ciryla Gane, którzy byli dotychczas liderami wagi ciężkiej pod względem serii zwycięstw – również kończyli z tarczą cztery ostatnie starcia.

 

Polski ciężki nie ukrywa, że jego celem na 2021 rok jest przedarcie się do czołowej piątki rankingu kategorii ciężkiej.

Z kolei w walce wieczoru sobotniej gali Stephen Thompson nie dał najmniejszych szans Geoffreyowi Nealowi, rozbijając go na pełnym dystansie. Wonderboy obijał rywala jak worek treningowy, pozostając dla niego nieuchwytnym celem.

 

co-main evencie formą błysnął wojujący obecnie w 135 funtach były dominator kategorii piórkowej Jose Aldo, który przerwał czarną serię trzech porażek, po taktycznie rozegranym pojedynku pokonał na pełnym dystansie Marlona Verę. Po walce Brazylijczyk zaprosił w oktagonowe tany sposobiącego się do powrotu do oktagonu po 2-letnim zawieszeniu za doping TJ-a Dillashawa.

 

Rozczarował natomiast pojedynek szalonego Michela Pereiry z kowadłorękim Khaosem Williamsem. Spięć i ostrych wymian nie było wiele. Brazylijczyk wygrał jednogłośną decyzją sędziowską, będąc odrobinę efektywniejszym zawodnikiem w dwóch z trzech rund.

Related Articles