
Gala UFC 284 w Perth rozkręcała się powoli, ale gdy już się rozkręciła, oktagonowych fajerwerków było co nie miara.
Karty przedwstępna i wstępna sobotniej gali UFC 284 w Perth okazały się rozczarowujące. W ośmiu pierwszych pojedynkach emocji było jak na lekarstwo. Z ogromną nawiązką zrekompensowała to jednak fanom fantastyczna karta główna, nafaszerowana ostrymi wymianami, szalonymi zwrotami akcji i skończeniami.
W starciu otwierającym main-card rzeźniczo usposobiony Alonzo Menifield kilka razy posłał Jimmy’ego Crute’a na deski, będąc o włos od znokautowania Australijczyka. Charakterny Crute przetrwał jednak kilka nawałnic, odgryzając się Amerykaninowi w płaszczyźnie zapaśniczo-parterowej. Pojedynek zakończył się jednak remisem – wszystko z powodu punktu, jaki sędzia odjął Menifieldowi za chwytanie się siatki.
W następnym starciu fantastycznym nokautem popisał się Justin Tafa. Australijski ciężki bajecznym krzyżowym w kontrze ustrzelił szarżującego wściekle Parkera Portera.
Nie lada talent potwierdził później Jack Della Maddalena. Świetnie dysponowany Australijczyk już w pierwszej rundzie rozprawił się z solidnym Randym Brownem – zawodnikiem, który na papierze stanowił dla niego największe z dotychczasowych wyzwań w UFC. Maddalena posłał Jamajczyka na deski ciosami, by następnie poddać go duszeniem zza pleców. Tym samym Australijczyk wyśrubował swój bilans w oktagonie amerykańskiego giganta do nieskazitelnego 4-0 z wszystkimi walkami skończonymi w pierwszej rundzie. Nie ulega wątpliwości, że 26-latek zapracował na to, aby w kolejnej potyczce stanąć w szranki z przeciwnikiem z czołowej piętnastki wagi półśredniej.
Co-main event gali okazał się spektaklem jednego aktora – Yaira Rodrigueza. Bajecznie kreatywny w płaszczyźnie kickbokserskiej Meksykanin mocno porozbijał bezradnego fragmentami Josha Emmetta, by w końcówce drugiej rundy poddać go trójkątem z pleców. “Pantera” rozsiadł się tym samym na tymczasowym tronie kategorii piórkowej, gwarantując sobie najprawdopodobniej unifikacyjny bój z prawowitym mistrzem Alexandrem Volkanovskim.
W walce wieczoru, na szali której znalazł się pas mistrzowski wagi lekkiej, zdecydowanym faworytem był Islam Makhachev, ale… Oktagonowa rzeczywistość okazała się zupełnie inna od bukmacherskich prognoz. Alexander Volkanovski zawiesił bowiem Dagestańczykowi poprzeczkę piekielnie wysoko.
Australijczyk powstrzymał zdecydowaną większość zapaśniczo-parterowych ataków ze strony Makhacheva. Z drugiej zaś strony, skreślany w szermierce na pieści i kopnięcia Dagestańczyk wcale w tej płaszczyźnie Volkanovskiemu nie ustępował.
Ostatecznie – pomimo wielkiego oporu, jaki postawił mu Australijczyk – Makhachev okazał się skuteczniejszy, zyskując uznanie wszystkich sędziów punktowych w stosunku 2 x 48-47, 49-46. Kto wie jednak, czy niebawem obaj zawodnicy nie staną ponownie naprzeciwko siebie. Volkanovski, przekonany, że to jego ręka winna była powędrować w górę, dąży bowiem do rewanżu, a Makhachev zapowiedział już, że jest gotowy na każdego rywala, także ponownie na Australijczyka.