
W walce wieczoru sobotniej gali UFC Fight Night w Las Vegas dojdzie do długo wyczekiwanego powrotu czołowego półśredniego Leona Edwardsa.
Nie opadł jeszcze kurz bitewny po zeszłotygodniowej gali UFC 259 w Las Vegas, gdzie kapitalnie usposobiony mistrz kategorii półcieżkiej Jan Błachowicz po profesorsku obronił złoto, zadając pierwszą w karierze porażkę rozdającemu karty w 185 funtach Israelowi Adesanyi, a tymczasem w sobotę oktagon amerykańskiego giganta znów stanie się areną kolejnych pojedynków.
Galę UFC Fight Night zwieńczy konfrontacja rozpędzonego serią aż ośmiu zwycięstw, ale niewidzianego w akcji od prawie dwóch lat Leona Edwardsa z Belalem Muhammadem, dla którego będzie to pierwsza walka wieczoru w karierze.
.
Whose win streak survives 'til Sunday? #UFCVegas21 pic.twitter.com/fPounmDAKk
— UFC (@ufc) March 10, 2021
Pierwotnie jednak to nie Muhammad miał być rywalem Edwardsa. Jamajczyk miał bowiem skrzyżować rękawice z robiącym furorę w UFC Khamzatem Chimaevem, który w zeszłym roku odniósł trzy efektowne zwycięstwa, wspinając się na medialne szczyty. Jednak przy pierwszym podejściu do walki Edwards zmuszony był do wycofania się z niej z powodu zakażenia koronawirusem. Natomiast dwa kolejne terminy posypały się z powodu zakażenia u Czeczena. W rezultacie Chimaeva zastąpił właśnie Muhammad.
Dla mającego palestyńskie korzenie Amerykanina będzie to zresztą powrót do oktagonu po ledwie miesiącu – 13 lutego wypunktował bowiem Dhiego Limę, odnosząc tym samym czwarte zwycięstwo z rzędu.
Nieukrywający od dawna mistrzowskich aspiracji, ale niecieszący się wielką popularnością – znany przede wszystkim z zainkasowania kilku ciosów od Jorge Masvidala na tyłach londyńskiej 02 Arena w marcu 2019 roku – Leon Edwards zdaje sobie sprawę, że w sobotę musi poszukać skończenia.
– To moja trzecia 5-rundowa walka wieczoru, więc walczyłem na tym dystansie już kilka razy – powiedział w rozmowie z dziennikarzem Jamesem Lynchem. – Dla Belala to pierwsza taka walka. Wyjdę tam, aby go sprzątnąć. Nie sądzę, aby minimalne zwycięstw
o na punkty zapewniło mi potem walkę o pas. Wyjdę więc agresywnie. Będę skupiony. Spróbują go sprzątnąć, zranić. Chcę go skończyć.
Jamajczyk nie ma żadnych wątpliwości, że jego wspomniane doświadczenie w 5-rundowych bojach może okazać się kluczowe.
– Ma to kapitalne znaczenie – zaznaczył. – Jeśli Belal spróbuje narzucić wysokie tempo, będzie musiał utrzymać je przez pięć rund. Nie możesz mocno nacierać przez jedną albo dwie rundy i potem zwolnić w trzeciej, czwartej i piątej. W 5-rundowych walkach tempo jest inne, a ja znam je już dobrze. Trenowałem pod pięć rund chyba sześć albo siedem razy.
Czy jednak efektowne zwycięstwo rzeczywiście może zapewnić Jamajczykowi rewanżowy pojedynek z mistrzem kategorii półśredniej Kamaru Usmanem, nawiasem mówiąc jego ostatnim pogromcą? Niby sternik UFC Dana White zapewnia, że tak, ale… W tle czai się wspomniany już Jorge Masvidal, który również ma ochotę na powtórne tany z Nigeryjczykiem, a niewątpliwie jest znacznie bardziej rozpoznawalny od Leona Edwardsa.
Jak natomiast na walkę wieczoru sobotniej gali zapatrują się bukmacherzy? Otóż, Jamajczyk jest jej wyraźnym faworytem. Wraca niby po długim rozbracie z oktagonem, więc istnieje ryzyko, że wejdzie do oktagonu pokryty delikatną rdzą, ale… Kto wie, czy sytuacja ta nie jest jednak i tak lepsza aniżeli powrót Belala Muhammada ledwie miesiąc po ostatniej walce, w której zainkasował od Dhiego Limy masę atomowych niskich kopnięć.
Rocky będzie miał też po swojej stronie przewagę gabarytów – wzrostu i zasięgu. Wydaje się też, że w każdej płaszczyźnie – od stójki przez zapasy po parter – ma więcej do zaoferowania od solidnego i charakternego, ale niewyróżniającego się w żadnym elemencie rywala.