Skip to main content

Pojedynek wieńczący sobotnią galę UFC Fight Night w Las Vegas okazał się widowiskiem jednostronnym i paradnym zarazem.

 

Zdecydowanie nie tak potyczkę z Derekiem Brunsonem – swój pierwszy main event w karierze – wyobrażał sobie faworyzowany przez bukmacherów Kevin Holland podczas sobotniej gali UFC Fight Night w Las Vegas.

 

Przez pięć rund Trailblazer był bowiem dominowany zapaśniczo, wycierając plecami matę oktagonu. Gdy tylko wykonał kilka dobrych akcji – raz nawet posyłając Brunsona na moment na deski – kończył na plecach. Nie był w stanie utrzymać w stójce dystansu, wybronić się przed obaleniami.

 

Natomiast buzia nie zamykała mu się ani ma moment. Nieustannie mówił coś do rywala, prowokował go, komentował jego udane i nieudane akcje – nawet gdy znajdował się na plecach, kontrolowany i obijany.

Na tym jednak nie koniec, bo również w przerwach między rundami nieustannie perorował, zachęcając siedzącego blisko oktagonu emerytowanego mistrza wagi lekkiej Khabiba Nurmagomedova – wybornego zapaśnika – aby dołączył do jego narożnika i powiedział mu, jak powstrzymać obalenia Dereka Brunsona.

 

 

Gdy natomiast w piątej rundzie sam zaskoczył rywala obaleniem, nie posiadał się z radości, świętując, jakby co najmniej sięgnął po pas mistrzowski. „Bez względu na wynik jestem już zwycięzcą!” – wykrzyczał triumfalnie.

Werdykt był formalnością. Wszyscy sędziowie wskazali na Dereka Brunsona, który odniósł tym samym czwarte zwycięstwo z rzędu, czyniąc ważny krok na drodze do włączenia się do rozgrywki mistrzowskiej w wadze średniej. Seria pięciu wiktorii Kevina Hollanda dobiegła natomiast końca.

Pod wrażeniem występu faworyta nie był szef UFC Dana White, który w jego gadulstwie i podejściu do walki doszukał się… problemów zdrowotnych!

 

– Myślę, że przeszedł tam załamanie psychiczne – ocenił w rozmowie z Yahoo! Sports– Nie wiem, co tam wyprawiał. Wydaje mi się, że po prostu nie wytrzymał presji i pękł psychicznie. Nigdy nie widziałem czegoś takiego.

 

Tuż przed galą posypał się natomiast jej co-main event, czyli kapitalnie zapowiadające się starcie pomiędzy wybornym zapaśnikiem Gregorem Gillespiem i świetnym uderzaczem Bradem Riddellem. Powód? Koronawirus.

 

Furorę zrobił natomiast Adrian Yanez, który koncertowo rozprawił się z Gustavo Lopezem. Yanez zaprezentował się kapitalnie od strony pięściarskiej kilka razy fantastycznymi kontrami smagając przeciwnika. Skończył go na początku trzeciej rundy soczystym prawym.

 

 

Dla Adriana Yaneza, który powoli wyrasta na jednego z najbardziej perspektywicznych zawodników wagi koguciej, jest to drugie z rzędu efektowne zwycięstwo w UFC.

Related Articles