
Sobotnia gala UFC 258 stoi pod znakiem rywalizacji wieloletnich klubowych kolegów, którzy powalczą o złoto wagi półśredniej.
Zaplanowana na sobotę w centrum UFC Apex w Las Vegas gala UFC 258 – druga numerowana w tym roku – zdecydowanie szału nie robi pod kątem rozpiski. Tylko o jednym pojedynku jest naprawdę głośno – tym najważniejszym. W walce wieczoru rękawice skrzyżują bowiem wieloletni klubowi koledzy: stający do trzeciej obrony pasa mistrzowskiego kategorii półśredniej Kamaru Usman oraz łypiący w kierunku jego złota Gilbert Burns.
Nigeryjczyk i Brazylijczyk trenowali razem przez sześć lat, tocząc setki sparingów. Najpierw w klubie Blackzilians, później w Combat Club, następnie w Hard Knocks i ostatnio w Sanford. Zmianie ulegały nazwa klubu i czasami jego lokalizacja, ale obaj zawodnicy trzymali się centralnej jego postaci, trenera Henriego Hoofta.
Widząc jednak w zeszłym roku, że Brazylijczyk odnosi zwycięstwo za zwycięstwem, zbliżając się nieubłaganie do rozgrywki mistrzowskiej, zasiadający na tronie od 2019 roku Kamaru Usman opuścił klub, przenosząc się pod skrzydła trenera Trevora Wittmana w Elevation Team. Co ciekawe, wspomniany Henri Hooft, który wychował Kamaru Usmana i Gilberta Burnsa, zadeklarował, że w sobotę nie stanie w narożniku żadnego z nich. Nie chce mieszać się w walkę.
Durinho, bo taki pseudonim nosi Brazylijczyk, wojuje w UFC od 2014 roku. Rywalizował jednak głównie w kategorii lekkiej, katując organizm morderczym ścinaniem wagi. Natomiast w 2019 roku przeniósł się do 170 funtów, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Od tego czasu odniósł cztery zwycięstwa, tym ostatnim z Tyronem Woodleyem w maju ubiegłego roku torując sobie drogę do walki o złoto.
Kamaru Usman zadebiutował pod sztandarem amerykańskiego giganta w 2015 roku. Wygrał wszystkie dwanaście walk, jakie stoczył w oktagonie. Na początku 2019 roku odebrał tytuł mistrzowski wspomnianemu Tyronowi Woodleyowi, dwukrotnie go później broniąc – przed zakusami Colby’ego Covingtona, którego w grudniu 2019 roku znokautował w piątej rundzie, oraz Jorge Masvidala, którego wypunktował w lipcu ubiegłego roku.
Starcie Usmana z Burnsem zapowiada się intrygująco pod kątem stylów walki obu zawodników. Nigeryjczyk to bowiem wyborny zapaśnik, ale Brazylijczyk jest wirtuozem, jeśli chodzi o walkę na chwyty w parterze. Czy zatem mistrz poszuka utaj obaleń?
– Wiem, że mogę poddać go w każdej chwili, z każdej pozycji – zapowiedział Burns podczas konferencji prasowej przed galą. – Z dołu, z góry, z każdej pozycji. Wie, że mogę go poddać. Będzie na to bardzo uważał, bo jest tego świadomy.
– Może opowiadać, że podczas sparingów kilka razy skopał mi tyłek, ale ja mogę powiedzieć dokładnie to samo. Jest więc po równo.
– Uważam, że kluczowa różnica między nami polega na sparingpartnerach. To on opuścił klub, a ja w nim zostałem razem z zawodnikami, którzy doskonale go znają. Pomagali mi. Mówili mi, że „to robi bardzo dobrze, więc uważaj”. „Dobrze działa na niego takie uderzenie”. Więc te informacje zwrotne od klubowych kolegów były dla mnie bardzo cenne. Także od trenerów. Gdyby chodziło tylko o mnie i Kamaru, to powiedziałbym, że jest 50/50, ale różnicę robią właśnie sparingpartnerzy i trenerzy. Uważam, że to daje mi pewną przewagę.
Z pewną rezerwą do wspólnych treningów podchodzi natomiast Usman.
– Tak naprawdę w ostatnich latach nie trenowaliśmy razem zbyt często – stwierdził. – Myślę, że to bez większego znaczenia, bo wiemy, że on da z siebie wszystko i ja dam z siebie wszystko. Jak zawsze. Podoba mi się, że jest tak pewny siebie. Podoba mi się to. Zapracował na swoją szansę w ostatnich latach. Wykonał dobrą robotę. Dostrzegam to.
Sporym bukmacherskim faworytem pojedynku jest Nigeryjski Koszmar, który szczególnie w klinczu z uwagi na swoje gabaryty, siłę oraz zapaśnicze szlify może rozdawać karty. Jednak zarówno w stójce, jak i w parterze mniejszy ale szybszy Brazylijczyk może być piekielnie groźny.