
Już za 3 dni pierwszy konkurs 72. edycji Turnieju Czterech Skoczni. Przez niektórych ta impreza nazywana jest Wielkim Szlemem skoków narciarskich, a podobieństwo jest oczywiste – impreza składa się z czterech konkursów. Dziś przyglądamy się historii tego niemiecko-austriackiego 70-latka.
POCZĄTKI
Pierwszy Turniej Czterech Skoczni rozegrany został w 1953 roku. Nie był wówczas rozegrany na przełomie dwóch lat, a od 1 do 13 stycznia. Kolejność również była nieco inna niż ta, którą znamy obecnie – najpierw skakano w Garmich-Partenkirchen, potem w Oberstdorfie, Innsbrucku i na końcu w Bischofshofen. Turniej wygrał Austriak Josef Bradl, wyprzedzając dwóch Norwegów – Halvora Naesa i Asgeira Dolpladsa.
Choć na pierwsze skoki pod szyldem „Vierschanzentournee” trzeba było poczekać do Nowego Roku 1953, to historia imprezy sięga już 1951 roku. Wszystko zaczęło się bowiem już w styczniu 1951 roku w Innsbrucku. Tamtejszy klub Skivereine postanowił zorganizować w czasie ferii świątecznych zawody w skokach narciarskich. Publiczność na Bergisel dopisała – przyszło aż 25 tysięcy ludzi! W związku z tak ogromnym zainteresowaniem podjęto współpracę z klubami sportowymi z Bischofshofen, Oberstdorfu i Garmisch-Partenkirchen. I to właśnie w Ga-Pa we wrześniu 1952 roku podpisano porozumienie o wspólnej organizacji zawodów. Tak właśnie narodził się Turniej Czterech Skoczni, który przetrwał już ponad 7 dekad, nieprzerwanie rok po roku wyłaniając najlepszych skoczków. Nic zatem dziwnego, że impreza dorobiła się wielkiego prestiżu. Dość powiedzieć, że Puchar Świata w skokach narciarskich jest młodszy o 26 lat…
WIELKI PRESTIŻ
Dziś trudno powiedzieć, które z trofeów w skokach narciarskich jest najcenniejsze – dla jednych do medale olimpijskie, dla innych medale Mistrzostw Świata w narciarstwie klasycznym, inni stawiają na Puchar Świata, a jeszcze inni właśnie na Turniej Czterech Skoczni. Prestiż, duże pieniądze i konieczność oddania ośmiu skoków zbliżonych do perfekcji. Jedna gorsza próba może kosztować utratę szans na wygranie imprezy, bo liczone są łączne noty ze wszystkich konkursów. Historia TCS zna turnieje, gdy jedna gorsza próba faworyta zaprzepaściła mu szansę na końcowy triumf. Z drugiej strony niemiecko-austriackie święto skoków odbywa się co roku, podczas gdy szansa na medale olimpijskie pojawia się raz na cztery lata. Ale dyskusje o wyższości Wielkanocy nad Bożym Narodzeniem zostawmy na boku. Nikt nie podważa bowiem, że Turniej Czterech Skoczni jest szalenie ważną częścią corocznego kalendarza skoków narciarskich, a w sezonie takim jak obecny – być może nawet najważniejszym. W bieżącym sezonie nie ma bowiem rywalizacji ani Igrzysk Olimpijskich, ani Mistrzostw Świata. Jedyna impreza rangi mistrzowskiej w czasie sezonu 23/24 to MŚ w lotach.
NAJMŁODSZY ZWYCIĘZCY
Do dziś najmłodszym zwycięzcą turnieju pozostaje Toni Nieminen. Fin w sezonie 1991/92 bardzo wyraźnie pokonał Martina Hoelwartha, Wernera Rathmayra i wszystkich pozostałych rywali. W momencie triumfu Nieminen nie miał nawet 17 lat! Kilka lat później w turnieju najlepszy był rok starszy wówczas Primoż Peterka.
NOWY SYSTEM
W sezonie 1996/97 organizatorzy wprowadzili do rywalizacji urozmaicenie, które miało dodać pikanterii poszczególnym konkursom, a szczególnie pierwszym seriom. Tym urozmaiceniem był system KO (knock out), czyli ułożenie 50 skoczków w pierwszej serii konkursowej w 25 par według wyników kwalifikacji. Tym samym zwycięzca serii kwalifikacyjnej skacze z zawodnikiem z ostatniego miejsca, drugi w kwalifikacjach z przedostatnim itd. Do serii finałowej wchodzą wszyscy zwycięzcy par oraz pięciu skoczków z najlepszym wynikiem wśród przegranych. I trzeba przyznać, że tego typu udziwnienie sprawdziło się znakomicie – dzięki temu oglądanie Turnieju Czterech Skoczni ma swój specyficzny smak. Nie trzeba czekać do samego końca pierwszej serii, by doczekać się dalekich lotów, a duże emocje mamy praktycznie przez cały czas, bo ważna staje się nie tylko klasyfikacja główna, ale też klasyfikacja „lucky loserów”.
48 LAT POSUCHY
Dla polskich kibiców oglądanie Turnieju Czterech Skoczki przez wiele lat było średnią przyjemnością. Oczywiście, poziom rywalizacji i emocje odgrywały ważną rolę, ale brak sukcesów rodaków był bolesny. W końcówce lat „90” polscy skoczkowie kojarzyli się z „heroiczną” walką o wejście do drugiej serii. Wyjątek stanowiły pojedyncze sukcesy Adama Małysza, traktowane wówczas jako „wyskoki”, a nie preludium do eksplozji formy w sezonie 2000/01. Przez prawie pół wieku wszystko, czym mogliśmy się pochwalić w niemiecko-austriackiej imprezie, to kilka podiów w konkursach Piotra Fijasa, Józefa Przybyły czy Stanisława Bobaka i kilka miejsc w pierwszej dziesiątce klasyfikacji generalnej turnieju.
Do dziś 49. Turniej Czterech Skoczni jest w Polsce traktowany jak „Święty Graal”. Niespodziewanie Małysz zaczął skakać nieprawdopodobnie daleko. W Oberstdorfie uplasował się na 4. miejscu. W Ga-Pa był trzeci, dzięki czemu po dwóch konkursach zajmował sensacyjne 2. miejsce, tracąc niecałe 10 punktów do Noriakiego Kasaiego. To wtedy trener Małysza, Apoloniusz Tajner, wypalił w Przeglądzie Sportowym, że jego podopieczny jest w takiej formie, że wygra ten turniej.
Słowa Tajnera okazały się prorocze. Małysz w cuglach wygrał dwa kolejne konkursy w austriackiej części turnieju. W Innsbrucku osiągnął łączną notę wyższą o 45 punktów niż drugi Janne Ahonen! W Bischofshofen wygrał z przewagą 32 punktów nad Finem! Małysz jako pierwszy skoczek w historii TCS przekroczył 1000 punktów w ośmiu skokach i ponad 100 punktów przewagi nad drugim skoczkiem. Tak narodziła się „Małyszomania”, która pod różnymi postaciami trwała ponad dekadę i stała się zjawiskiem społecznym.
Małysz, mimo całej plejady sukcesów, nie powtórzył już sukcesu w Turnieju Czterech Skoczni. Dwa lata później zajął 3. miejsce, a polscy kibice na sukcesy znów musieli trochę poczekać. Na szczęście krócej niż pół wieku, ale do tego jeszcze dojdziemy.
JUBILEUSZOWY POPIS HANNAVALDA
Wielkim rywalem Małysza niebawem stał się Sven Hannawald. Niemiec zdominował 50. Turniej Czterech Skoczni. Jako pierwszy w historii zawodnik wygrał wszystkie cztery konkursy w jednej edycji. Wcześniej zdarzali się już zwycięzcy z trzema triumfami. Byli też triumfatorzy TCS, którzy nie wygrali żadnego z czterech konkursów (ostatnim Ahonen w sezonie 98/99). Hannawald rozbił bank w sezonie 2001/02. Małysz był wiceliderem po trzech konkursach, ale zawalił konkurs w Bischofshofen. Stracił dużo nie tylko do Hannawalda, ale też do Mattiego Hautamaekiego i Martina Hoelwartha – to właśnie Fin i Austriak uzupełnili podium imprezy, a Małysz zajął 4. miejsce.
Tak jak Polakom nie przyszło czekać tak długo na kolejnych zwycięzców turnieju, tak turniejowi nie przyszło tak długo czekać na kolejnych zwycięzców, którzy zgarnęli wszystkie cztery wiktorie w sezonie. Ale do tego też jeszcze dojdziemy.
DWÓCH ZWYCIĘZCÓW
Do dziś za jeden z najbardziej niesamowitych turniejów uznaje się ten z sezonu 2005/06. Nic dziwnego, skoro mieliśmy… dwóch zwycięzców! Rzadko kiedy zdarza się, że mamy wynik ex aequo w pojedynczym konkursie, a co mówić po czterech konkursach, gdzie na łączną notę w klasyfikacji generalnej składa się osiem skoków? Szansa na taki finał jest niesamowicie mała, ale tak się właśnie stało. Przed ostatnim konkursem w Bischofshofen Jakub Janda miał równo 2 punkty przewagi nad Janne Ahonenem, który walczył o swój czwarty triumf w imprezie. Tak się złożyło, że na Paul-Ausserleitner-Schanze Ahonen wygrał, a drugi Janda osiągnął notę o 2 pkt niższą. Po wyświetleniu wyniku kończącego konkurs i cały turniej Czecha wszyscy przecierali oczy ze zdumienia. Remis i dwóch zwycięzców!
AUSTRIACKA DOMINACJA
Po 71 edycjach Turnieju Czterech Skoczni najwięcej zwycięstw z podziałem na narodowości mają Niemcy (wliczając w to zarówno RFN, jak i NRD), Finowie i Austriacy. Ci ostatni od sezonu 2008/09 do sezonu 2014/15 wygrywali Turniej Czterech Skoczni siedem razy z rzędu – po kolei Wolfgang Loitzl, Thomas Morgenstern, Gregor Schlierenzauer (dwa razy), Thomas Diethart i Stefan Kraft. Największą sensacją był tutaj niewątpliwie triumf Dietharta, który w tamtym momencie zajmował marne 24. miejsce w Pucharze Świata. Mimo wszystko szczytową formę złapał właśnie na przełomie grudnia 2013 i stycznia 2014. Wygrał dwa z czterech konkursów, w jednym stał też na podium. Pokonał m.in. Morgensterna i Ammanna. To w zasadzie jedyne indywidualne osiągnięcie Dietharta. Później już nigdy nie wygrał nawet pojedynczego konkursu Pucharu Świata, a karierę zakończył w wieku 26 lat. Określenie „One Season Wonder” w jego wypadku pasuje bardzo dobrze, choć bardziej trafne byłoby wręcz „One Tournament Wonder”.
Wracając do Austriaków – od triumfu Krafta w sezonie 14/15, żaden Austriak nie wygrał już Turnieju Czterech Skoczni, ale faworytem nadchodzącego wielkimi krokami będzie właśnie Kraft, który jest liderem Pucharu Świata.
BRAKUJĄCY SKALP
Simon Ammann to postać, której żadnemu kibicowi skoków narciarskich nie trzeba przedstawiać. Szwajcar był swego czasu nemezis Adama Małysza, pozbawiając go złotych medali olimpijskich. Helwecki Harry Potter ma w karierze wszystkie najważniejsze trofea (mistrzostwo świata, mistrzostwo olimpijskie, mistrzostwo świata w lotach i Kryształową Kulę) poza jednym – Turniejem Czterech Skoczni. Ammann bezskutecznie próbował wygrać imprezę przełomu roku. W sezonie 2006/07 zajął 3. miejsce, dwa lata później był drugi, przegrywając z Loitzlem. Po kolejnych dwóch latach przegrał z Morgensternem, a we wspomnianej edycji wygranej przez Dietharta, był znów trzeci. Cztery podia, które Szwajcar pewnie zamieniłby na jedno zwycięstwo, które dopełniłoby jego niesamowitej kariery.
W tym roku Ammann wystartuje w Vierschanzentournee już po raz 25., ale jego wygrana byłaby supersensacją. Dziś Ammann nie należy już do światowej czołówki, ale miłość do skoków nie pozwala mu podjąć decyzji o zakończeniu kariery. Przypomina w tym trochę pewnego Japończyka…
REKORDZISTA KASAI
Co tam Ammann i jego 25. start w niemiecko-austriackiej imprezie. Noriaki Kasai startował w turnieju aż 28 razy! Japończyk jest zresztą autorem wielu rekordów długowieczności w Pucharze Świata i generalnie w skokach narciarskich. Podobnie jak Ammann, turnieju nigdy nie wygrał. Dwukrotnie był drugi.
POLSKIE SUKCESY
W ostatnich latach Polacy przyzwyczaili nas do sukcesów w Turnieju Czterech Skoczni. Kamil Stoch był najlepszy w sezonach 2016/17, 17/18 i 20/21, a Dawid Kubacki triumfował w sezonie 19/20. Gdy Stoch wygrywał za pierwszym razem, na drugim miejscu uplasował się Piotr Żyła, a na czwartym Maciej Kot. Gdy Stoch wygrywał po raz drugi, zrobił to w niesamowitym stylu, zwyciężając w każdym z czterech konkursów. Gratulował mu osobiście Hannavald, który kilkanaście lat wcześniej sam zrobił to po raz pierwszy.
Prawdziwym popisem biało-czerwonych był turniej w sezonie 20/21, gdy w dniu rozpoczęcia imprezy Polacy… byli wykluczenia z udziału. Cała sprawa dotyczyła pozytywnego wyniku testu na koronawirusa u Klemensa Murańki. Kolejne testy były już negatywne, ale Polacy dostali przymusową kwarantannę i zostali wykluczeni z kwalifikacji w Oberstdorfie. Rozpoczęła się procedura odwoławcza i stawanie na rzęsach, by nasi jednak wystartowali. Zaangażowały się to w nawet władze państwowe. W końcu Polacy zostali jednak przywróceni, a kwalifikacje anulowane i na drugi dzień rozegrano od razu pierwszą serię konkursową, bez systemu KO – już z udziałem naszych. Efekt końcowy? 69. TCS wygrał Stoch, Kubacki zajął 3. miejsce, Żyła 4, a Andrzej Stękała był 6. Czterech Polaków w pierwszej szóstce. Nokaut.
W zeszłym sezonie też było przyjemnie – Kubacki zajął 2. miejsce, przegrywając tylko z niesamowitym Halvorem Egnerem Granerudem. Polak stanął jednak ością w gardle Norwegowi w Innsbrucku. Zwycięstwo Kubackiego na Bergisel nie pozwoliło Granerudowi wygrać wszystkich czterech konkursów. Tej sztuki dokonało póki co trzech – wspomniani Hannavald i Stoch oraz Ryoyu Kobayashi, który dokonał tego rok po Stochu. Japończyk był bliski powtórzenia tego, gdy wygrał też TCS w sezonie 21/22. Wtedy w Bischofshofen nie wytrzymał i zajął 5. miejsce. Należy jednak do kilku multitriumfatorów imprezy.
REKORDZIŚCI
Ale do rekordzisty Turnieju Czterech Skoczni Kobayashiemu jeszcze daleko – tutaj najlepszy jest pięciokrotny zwycięzca Ahonen, który w łącznym rozrachunku aż 10 razy stał na podium imprezy. 9 razy tej sztuki dokonał Jens Weissflog. Legendarny niemiecki skoczek wygrał turniej 4 razy. Trzykrotnie robili to Stoch, Bjoern Wikola i Helmut Recknagel. Ahonen i Weissflog to również rekordziści jeśli chodzi o liczbę pojedynczych podiów w konkursach TCS – obaj panowie robili to po 29 razy.
TRADYCJE STARE I NOWE
Wspominaliśmy już o wprowadzonym w połowie ostatniej dekady XX wieku systemie KO. Inna tradycja Turnieju Czterech Skoczni, znacznie młodsza, to Złoty Orzeł jako statuetka dla triumfatora. Ten skalp jest do wygrania od sezonu 12/13, zatem najwięcej takich odlewów w swojej kolekcji ma Stoch.
Organizatorzy mocno przywiązani są jednak do historii i tylko raz w ciągu ponad 70-letniej historii zdarzyło się, że nie odbył się jeden z konkursów, a mówiąc precyzyjniej – został przeniesiony do innej miejscowości. W sezonie 2007/08 zamiast konkursu w Innsbrucku, z powodu złych warunków atmosferycznych na Bergisel, dwa konkursu odbyły się w Bischofshofen. Był jeszcze wypadek z 1956 roku, gdy w Bischofshofen zabrakło… śniegu. Wtedy turniej zakończył się czwartym konkursem w oddalonym o 30 km Hallein.
Przez wiele lat tradycją TCS był samochód marki Audi, jako nagroda dla zwycięzcy. Pamiętamy słynne audi Małysza, wygrane w sezonie 00/01. W późniejszych latach auto pojawiało się już wyłącznie w celach reklamowych, a zawodnik otrzymywał od sponsora po prostu równowartość tego samochodu. Na liście sponsorów 72. edycji turnieju nie ma jednak producenta samochodów, co nie zmienia faktu, że nagrody i tak będą sowite, nieporównywalne ze zwykłymi konkursami w ramach Pucharu Świata.
Zapowiedź nadchodzącego turnieju przeczytacie u nas na blogu w czwartek.