Skip to main content

Po dwóch miesiącach wróciła Liga Mistrzów w wykonaniu piłkarzy ręcznych, a Industrię Kielce od razu czekał hit kolejki, czyli starcie z liderem grupy – THW Kiel. Po ofensywnym i szybkim meczu padł remis 36:36. Aż czterech zawodników rzuciło po siedem bramek.

To 11. kolejka Ligi Mistrzów na 14. Industria Kielce jest w całkiem niezłym położeniu, ale trudno terminarz nazwać wymarzonym (wyjazd na PSG, Kolstad u siebie i wyjazd na Aalborg). Trzeba uważać na czyhające za plecami drużyny, które mają chrapkę na bezpośredni awans. Stawka w grupie kielczan jest niezwykle wyrównana. W zasadzie tylko jedna drużyna totalnie odstaje. Jest to macedońskie RK Eurofarm Pelister z jakże fatalnym bilansem 0-0-11. Reszta ma całkiem sporo punktów na koncie. Każdy zespół wygrał minimum cztery spotkania. Wydawać się mogło, że RK Zagrzeb, czy norweskie Kolstad nie będą się tu potrafili zbytnio postawić, a Norwegowie na przykład ograli THW Kiel, a Chorwaci pokonali u siebie OTP Bank – Pick Szeged ogromną różnicą +13.

Industria Kielce mogła zaprosić w walentynkowy, romantyczny wieczór swoich kibiców na największy hit z THW Kiel. Na 10 sekund przed końcem Hala Legionów po prostu wybuchła. Środkowy rozgrywający Igor Karacić wykorzystał zasłonę Nicolasa Tournata, wcisnął się z prawej strony i pokonał Samira Bellahcene. To była bramka na 36:35, ale jakże ważna, bo pozwalająca dogonić lidera w tabeli na tylko jeden punkcik straty. Sześć sekund. Tyle wystarczyło golkiperowi na wyciągnięcie piłki z siatki, Hendrikowi Pekelerowi na ustawienie się na środku boiska i podaniu do 35-letniego Domagoja Duvnjaka. Ten zagrał jeszcze na skrzydło do swojego równolatka, Niclasa Ekberga i hala ucichła. Niemiecki team zrobił tę akcję w mgnieniu oka i wyrwał w ten sposób remis.

Należy jednak docenić robotę, jaką wykonała Industria Kielce, bo przede wszystkim… nie miała obrony. Tomasz Gębala i Arciom Karalek nie mogli zagrać, a to absolutnie czołowi zawodnicy przy zatrzymywaniu akcji rywali. Trudno przypuszczać, żeby Harald Reinkind tak łatwo radził sobie z Karalekiem czy Gębalą, jak robił to z Olejniczakiem. Norweg był “zabójcą” Industrii, trafił 6/6 i nieważne, czy przebijał się na szósty metr, czy musiał sobie radzić rzutami z dystansu. Generalnie pierwsza połowa nie była dobra w wykonaniu kielczan. Andreas Wolff kilka razy pomógł. Patrząc na jakość gry, to po 30 minutach były “tylko” dwie bramki straty. Szymon Sićko jakoś nie mógł się wstrzelić, wszyscy notowali głupie straty, a wspomniany już Reinkid robił z defensywą, co chciał i do przerwy zdobył pięć bramek.

Druga połowa to prawdziwie ofensywna piłka ręczna. W pierwszej części gry padły 32 bramki, natomiast w drugiej aż 40. Akcja przenosiła się błyskawicznie z jednej połowy na drugą: rzut – trafienie, wznowienie, podanie i trafienie, wznowienie, podanie i bum – trafienie. Nareszcie obudził się Szymon Sićko, który poprawił swój mizerny dorobek (dwie bramki w pierwszej i pięć bramek w drugiej części gry) i skuteczność. Ostatecznie skończył z siedmiona trafieniami. Tyle samo miał Nicolas Tournat, a po stronie THW Kiel – Nicklas Ekberg oraz Eric Johansson. Na wyróżnienie zasługuje także skuteczność Dylana Nahiego, który przecież potrafi marnować “setki” albo przejść obok spotkania, a tutaj zaliczył  eleganckie 6/6 i można było na nim polegać. Alex Dujszebajew w sumie także często się skutecznie przebijał, bo 7/8 to godny odnotowania wynik.

Bramkarze sobie za bardzo nie pobronili. Industria rzuciła mniej razy na bramkę THW Kiel, bo częściej piłkę traciła. Wolff odbił piłkę 13 razy, ale dużo też wpuścił, co dało mu skuteczność 27%. Dość przeciętnie. Francuz Bellahcene bronił jeszcze gorzej, bo odbijał zaledwie co piątą piłkę. Słabiutko wypadł też Elias á Skipagøtu, czyli utalentowany 21-letni Farer, który jest znany jako młody talent i świetnie się zaprezentował na niedawnych mistrzostwach Europy. Rzucał z dziewiątego metra, ale poprawiał tylko kiepskie statystyki Wolffowi. Jemu akurat mecz nie wyszedł. Podobnie jak Michałowi Olejniczakowi w defensywie, ale nie ma się co dziwić, bo musiał tam zastąpić dwóch kontuzjowanych kolegów. Jak na te wszystkie warunki, to remis jest jak najbardziej do zaakceptowania. Chyba, że człowiek sobie przypomni, że 10 sekund przed końcową syreną było 36:35 i wystarczyło szybko wrócić do obrony…

Related Articles