
Wszystko, co dobre, skończyło się na 3:0 dla Polski. Później Norwegowie weszli już na taki poziom, że to dla naszych piłkarzy ręcznych nieosiągalne. Trudno mieć nawet pretensje do Polaków, że nie byli w stanie rywalizować na najwyższym światowym poziomie. Porażka 21:32 idealnie obrazuje, ile nam brakuje do czołówki.
Czy można napisać coś optymistycznego po takim laniu? Raczej nie, bo nie ma nawet żadnego punktu zaczepienia. Wystarczy, że Norwegowie wyszli dwoma zawodnikami trochę wyżej w obronie, lepiej przypilnowali Szymona Sićkę i praktycznie nasza gra została wyłączona guzikiem “off”. Bolączką jest brak leworęcznego rozgrywającego. Michał Daszek jest, jaki jest i na pewno brakuje mu zasięgu do rzucania z drugiej linii, ale przynajmniej czasami próbuje pójść na przebój, wywalczyć jakiegoś karniaka. Niestety, doświadczony zawodnik Orlen Wisły Płock nie mógł wystąpić w pierwszym meczu z powodu choroby. To sprawiło, że nie mieliśmy leworęcznego rozgrywającego, a w pierwszym składzie wyszedł bojaźliwie grający Jakub Powarzyński (praworęczny), który zmarnował dwie świetne okazje.
Graliśmy świetnie przez pięć minut. To za mało. Czapliński trafił z kontry, Syprzak z karnego, a Szymon Sićko z dystansu. Nagle zrobiło się 3:0 dla Polski i tyle z pozytywów. Wystarczyły trzy minuty i Skandynawowie już wyrównali na 3:3. Właściwie do stanu 6:6 było to jeszcze w miarę wyrównane spotkanie, jednak później run +4 pozwolił Norwegom na ucieczkę. Długimi momentami nic nie wpadało do ich siatki, jak choćby od 22. do 29. minuty. Gdy wydawało się, że jest jakiś punkt zaczepienia po trafieniu Powarzyńskiego (na 9:11), to znów wszystko stanęło. Jeżeli nie zdobywa się bramki przez siedem minut i gubi się np. piłkę w prostej kontrze, to trudno wszystko naprawić obroną. Czapliński zmarnował w idiotyczny sposób okazję w końcówce na zmniejszenie straty do -3, bo zrobił błąd podwójnego kozłowania i dał Norwegom nawet trochę czasu, żeby trafić. Trafili i prowadzili 15:10 do przerwy.
Zawiodło bardzo wiele rzeczy. Taki zespół, jak Norwegia, bezwzględnie to wykorzystuje. Zabrakło kogokolwiek, kto poszedłby na przebój, wymusił jakiś faul. Norweska obrona dostała wykluczenie na dwie minuty… raz. Polacy nawet nie prowokowali stykowych sytuacji. Raczej wszystko ograniczało się do oddania piłki do Szymona Sićki, którego w łatwy sposób zatrzymywało dwóch rywali. Albo rzucał w mur, albo łatwo dla bramkarza. Obrona też była dość nieszczelna, a Jakub Skrzyniarz bronił na przeciętnej skuteczności. Bis, Gębala, Syprzak czy Olejniczak nie mogą tego meczu zaliczyć do udanych w defensywie. Ten ostatni nawet wyleciał z boiska z czerwoną kartką. Paweł Paterek i Jakub Powarzyński za mało gry brali na siebie z przodu. Szczególnie ten drugi. Pierwszy zaczął grać trochę odważniej, gdy traciliśmy już jakieś 10 bramek. Prawe rozegranie nie istniało. Dopiero przy rozluźnionych już Norwegach trafił dwukrotnie Ariel Pietrasik i podreperował bilans bramek do trzech.
Jest to niestety bolesne zderzenie ze ścianą, której nie dało się przebić. Nie przy takich brakach kadrowych, bo przecież na EURO nie przyjechał Arkadiusz Moryto, chory był Michał Daszek, a środkowy rozgrywający Piotr Jędraszczyk widocznie jeszcze nie jest dysponowany, skoro zasiadł na trybunach. Wiele rzeczy musiałoby tu zagrać, żeby chociaż spróbować nawiązać walkę, a nie zagrało prawie nic. Polacy bez sensu wymieniali piłkę w obrębie rozgrywających, długo i mało zaskakująco. Rzadko grali z kołowymi, a już w ogóle nie próbowali robić miejsca skrzydłowym. Rzuty z daleka często były wymuszone, stąd tak niska skuteczność Sićki (3/9 z dziewiątego metra). To też bierze się ze znakomitej grze w obronie Norwegów i tego, że nie było tam miejsca, no… ale dało się zauważyć, że skrzydłowi są totalnie odcięci. Czterech skrzydłowych zdobyło tylko jedną (!) bramkę z ataku pozycyjnego.
Porażka 21:32 jest bolesną weryfikacją umiejętności polskich szczypiornistów. Norwegia to po prostu nie ta półka. Boli, że nie było żadnego punktu zaczepienia, żadnej walki, nawet małego momentu, żeby przeciwnicy choć trochę się przestraszyli, że Polacy mogą zaskoczyć. Ten mecz się po prostu źle oglądało, wiedząc od 35. minuty, że Norwegowie już wygrali. Cóż, to odzwierciedlenie stanu polskiej piłki ręcznej. Nie przyjechaliśmy tu grać o medale, tylko powalczyć ze Słowenią o wyjście z grupy, a ten mecz już w sobotę. Tym razem trochę wcześniej, bo o 18:00.