
Historia występów polskich klubów w europejskich pucharach to historia trudna, bolesna, naznaczona pasmami klęsk i kompromitacji. Nieliczne pozytywne akcenty zawsze rozpalały nadzieje kibiców, że to właśnie już, teraz polska piłka zacznie równać do choćby europejskiej klasy średniej. I wówczas przychodziła wiosna, a z nią brutalna weryfikacja. Przed szansą na przerwanie 32-letniej sagi przegranych wiosennych dwumeczów staje poznański Lech. Czy uniknie losu poprzedników?
Łazienkowska 3, 6 marca 1991 roku. Legia Warszawa, po wyeliminowaniu jesienią 1990 roku luksemburskiego Swift Hesperange i szkockiego Aberdeen, mierzy się w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów z obrońcą trofeum, włoską Sampdorią Genua. Naszpikowani gwiazdami futbolu „Blucerchiati” pewnie maszerują po triumf w rozgrywkach Serie A. Na boisku Stadionu Wojska Polskiego licznie zgromadzeni sympatycy „Wojskowych” oglądają brązowych medalistów Mistrzostw Świata sprzed roku: Pietro Vierchowoda, Gianlukę Pagliukę i Roberto Manciniego. A to wciąż nie jest najmocniejszy skład Włochów, którzy w Warszawie nie mogą skorzystać z usług kolejnej gwiazdy „Azzurrich” Gianluki Vialliego oraz srebrnego medalisty Mistrzostw Europy Aleksieja Michajliczenki. Legia jest skazywana na pożarcie.
Tymczasem „Legioniści” nie pozwalają utytułowanym rywalom na rozwinięcie skrzydeł. Grają z Włochami jak równy z równym. Tuż przed przerwą Leszek Pisz zagrywa z rzutu rożnego wzdłuż linii bocznej do Krzysztofa Iwanickiego. Ten dośrodkowuje w pole karne, gdzie piłkę strąca Dariusz Czykier. Futbolówka kozłuje przed nieporadnie interweniującym Pagliuką i wpada ponad nim do bramki. Łazienkowska eksploduje szałem radości. Gol Czykiera okazuje się być trafieniem na wagę skromnej wygranej. Skromnej, bowiem znakomitych okazji na bardziej okazały wynik nie wykorzystali Arkadiusz Gmur, Jacek Cyzio i Wojciech Kowalczyk. Dwa tygodnie później „Wojskowi” jadą na rewanż do Italii. Mimo zwycięstwa nadal nie są faworytem do awansu.
Dziewiętnasta minuta gry. Dalekie wybicie z „piątki”, strącona piłka trafia do Kowalczyka, który w pełnym biegu mija defensorów Sampdorii, wpada w pole karne i strzałem lewą nogą w przeciwległy róg nie daje szans Pagliuce na skuteczną obronę. Sensacja wisi w powietrzu. Do przerwy Legia prowadzi jednym golem. Drugie trafienie „Kowala” doskonale znają wszyscy sympatycy legendarnego magazynu piłkarskiego „Gol”. „Idzie środkiem Kowalczyk, ale tam dośrodkowanie do Cyzio, jest Kowalczyk! I proszę Państwa, bramka!” – komentował bez większych emocji Andrzej Szeląg, choć na murawie Stadio Luigi Ferraris działa się nieprawdopodobna historia. Dublet 19-latka z warszawskiego Bródna dawał Legii ogromną przewagę, ale do końca meczu pozostawało ponad pół godziny.
Włosi dogonili wynik. Zabójczy duet napastników Sampdorii, Mancini – Vialli, doprowadził do remisu i rozpaczliwej końcówki spotkania. Dramat rozpoczął się od wyrównującego gola Gianluki Vialliego, po którym Mancini chcąc jak najszybciej odzyskać piłkę zaatakował bramkarza Legii, Macieja Szczęsnego. Szczęsny próbował uderzyć Włocha z pięści. Nie trafił, mimo to Mancini padł, symulował. Sędzia ukarał legionistę drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartką, a do bramki wszedł stoper Marek Jóźwiak. Włosi potrzebowali dwóch bramek do awansu, ale rozpaczliwa defensywa całej warszawskiej drużyny pozwoliła popularnemu „Beretowi” na zachowanie czystego konta. Legia awansowała do półfinału, w którym musiała uznać wyższość późniejszego triumfatora PZP, wielkiego Manchesteru United (1:3 w Warszawie i 1:1 na Old Trafford).
Wyczyn Legii do dzisiaj jest wspominany nie tylko jako ostatni wielki triumf polskiego zespołu w Europie. Od tamtej pory żadna z polskich drużyn nie wygrała wiosennego dwumeczu w europejskich pucharach, mimo podjętych kilku prób. Najszybciej do wiosennego etapu doszła ponownie Legia. W sezonie 1995/1996 „Wojskowi” jako pierwszy zespół znad Wisły awansowali do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Dzięki wygranym nad Rosenborgiem Trondheim i Blackburn Rovers oraz remisowi z mistrzem Anglii, Legioniści wyszli z grupy z drugiego miejsca za Spartakiem Moskwa. W ćwierćfinale los skojarzył ich z greckim Panathinaikosem Ateny.
W pierwszym, cudem rozegranym meczu w Warszawie padł bezbramkowy remis. Mówimy o cudzie, bowiem kilka dni przed spotkaniem żołnierze Wojska Polskiego skuwali lód z murawy stadionu przy Łazienkowskiej. Nierówna walka wojska z naturą w marcowych mrozach zakończyła się salomonowym rozwiązaniem. Przemysłowa sól rozpuściła lód, ale zniszczyła także murawę, z której śmierdzącą „breję” musiały ściągać wozy asenizacyjne zwane „szambiarkami”. Greków przywitało szare klepisko i choć Legia była lepsza bramkarz gości, Józef Wandzik, nie dał się pokonać. W rewanżu katem warszawiaków był inny Polak – Krzysztof Warzycha. Gdyby nie czerwona kartka Marcina Jałochy z 28 minuty być może Legioniści mieliby szansę na niespodziankę. Jednak dublet „Gucia” oraz gol Juana Jose Borelliego dały Panathinaikosowi awans do półfinału, przegranego w dwumeczu z Ajaxem Amsterdam. Gdyby nie czerwona kartka Marcina Jałochy z 28 minuty być może Legioniści mieliby szansę na niespodziankę.
Na kolejny wiosenny występ polskiej drużyny w Europie musieliśmy czekać aż do początku XXI wieku. W sezonie 2002/2003 zachwycaliśmy się wspaniałymi występami Wisły Kraków Bogusława Cupiała. Majętny właściciel Telefoniki nie szczędził środków na zbudowanie krajowego hegemona. Zespół prowadzony przez Henryka Kasperczaka szedł przez ówczesny Puchar UEFA jak burza. 6:0 w dwumeczu z północnoirlandzkim Glentoranem Belfast, następnie rozbicie słoweńskiego Primorje Ajdovščina 8:1, po którym doszło do fenomenalnego dwumeczu z włoską AC Parmą. Wygrana Włochów 2:1 na własnym terenie stawiała ich we wprost genialnej sytuacji przed spotkaniem rewanżowym. Tymczasem w Krakowie Wiślacy zagrali koncertowo, choć od 6 minuty po golu Adriano musieli odrabiać potężne już straty. Bramki Kamila Kosowskiego i Macieja Żurawskiego doprowadziły do dogrywki, w której „Żuraw”, a następnie Daniel Dubicki dobili bezradnych Włochów.
Jak się okazało był to dopiero początek wybryków krakusów. W 1/16 finału los skojarzył Wisłę z niemieckim Schalke 04 Gelsenkirchen. Zespół z Zagłębia Ruhry w poprzedniej rundzie odprawił z kwitkiem Legię, dlatego w Polsce mocno kibicowano Wiślakom, bo przecież „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. Po remisie 1:1 przy Reymonta pozostawał spory niedosyt, ale także cień zawahania czy Wisła jest w stanie wywalczyć w jakikolwiek sposób awans na Arena AufSchalke. Zespół Kasperczaka znów zaskoczył wszystkich. Do przerwy po golu Żurawskiego i szybkiej odpowiedzi Tomasza Hajty był remis 1:1. Gdy kibice zastanawiali się nad kolejną dogrywką, szybko ich wątpliwości rozwiał Kalu Uche strzelając na 2:1 dla Wisły tuż po przerwie. Teraz to niemiecka drużyna potrzebowała dwóch goli do awansu. Krakowianie korzystali na otwartych atakach rywali i w końcówce spotkania dwukrotnie skarcili w kontrach drużynę Schalke. Żurawski i Kosowski znów byli na ustach piłkarskiej Polski.
W kolejnej rundzie na drodze Wisły stanęło włoskie Lazio Rzym. Pierwsze spotkanie rozgrywane w stolicy Włoch było nieprawdopodobnym thrillerem. Wynik otworzył Nikola Lazetić, ale jeszcze przed przerwą wyrównał Uche. Gdy wydawało się, że obie ekipy zejdą na przerwę z remisem, niefortunnego samobója zanotował Mariusz Jop. Po zmianie stron Żurawski pewnie wykorzystał dwa rzuty karne i Wisła była na dobrej drodze do wygranej. Do remisu 3:3 doprowadził jednak odwieczny kat polskich drużyn w Europie, cholerny Enrico Chiesa. Mimo nierozstrzygniętego remisu wszyscy kręcili głowami z powodu niewykorzystanej szansy, choć z perspektywy niedzielnego kibica wynik był fenomenalny. Rewanż zaplanowany na 27 lutego nie doszedł do skutku. Krakowianie długo walczyli ze śniegiem i lodem, podobnie jak 7 lat wcześniej Legia.
Murawa na stadionie przy Reymonta była przygotowana dobrze jak na warunki końcówki lutego, ale solidny mróz w wieczór meczowy skuł płytę lodem. Goście z Włoch zgłosili jednak obiekcje do stanu boiska, a delegat UEFA po dwugodzinnej, wnikliwej kontroli i debacie nie dopuścili do rozegrania spotkania. Nawierzchnia na stadionie Wisły miała być zbyt twarda i zagrażać bezpieczeństwu zawodników. Tydzień później na tej samej murawie mecz doszedł jednak do skutku. Już w 4 minucie po szybkim kontrataku prowadzenie Wiśle dał Marcin Kuźba. Dziesięć minut później po strzale Uche piłkę z linii bramkowej wybił Fernando Couto. Chwilę później kontuzji doznał sędzia główny Stuart Dougal ze Szkocji. W 21. minucie po rzucie rożnym do remisu celną główką doprowadził Couto. Po zmianie stron ładnym wolejem sprzed pola karnego popisał się – a jakże – Chiesa i to Lazio awansowało do ćwierćfinału, a później półfinału Pucharu UEFA po pokonaniu dość przeciętnego Beşiktaşu Stambuł.
W kolejnym sezonie emocjonowaliśmy się występami debiutanta w europejskich pucharach. Heroiczna kampania Groclinu Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski zatrzymała się dopiero w lutym w dwumeczu z francuskim Girondins de Bordeaux. W drodze do 1/16 finału Pucharu UEFA podopieczni trenera Dušana Radolsky’ego pokonali litewski Atlantas Kłajpeda (2:0 i 4:1), aby stoczyć nieprawdopodobnie zacięte boje z niemiecką Herthą Berlin (0:0 i 1:0) oraz angielskim Manchesterem City (1:1 i 0:0). Wówczas o sile ataku Dyskobolii i reprezentacji Polski decydowali Andrzej Niedzielan i Grzegorz Rasiak, a fenomenalny gol Sebastiana Mili z rzutu wolnego na City of Manchester Stadium był pamiętany przez lata, nie tylko przez słynnego Davida Seamana, który musiał wyciągać piłkę z bramki. Domowe starcie z Bordeaux było niezwykle zacięte i wydawało się, że kolejny raz zakończy się bezbramkowym remisem, ale w doliczonym czasie gry Marouane Chamakh zdołał pokonać Mariusza Liberdę. W rewanżu francuski zespól wygrał 4:1, dochodząc w całych rozgrywkach do ćwierćfinału.
Po pięciu latach przerwy wiosną znów zobaczyliśmy polski zespół w Europie. Swoją długą przeprawę do 1/16 finału poznański Lech rozpoczął aż w rundzie kwalifikacyjnej, gdzie pokonał azerski Chazar Lenkoran w dwumeczu 5:1. Następnie „Kolejorz” uporał się z Grasshopper Zurych (6:0 i 0:0), aby w kolejnej fazie zmierzyć się z Austrią Wiedeń. Po porażce 1:2 podopieczni trenera Franciszka Smudy musieli wygrać, aby znaleźć się w fazie grupowej Pucharu UEFA. Lech rozpoczął znakomicie, bowiem już w 10 minucie peruwiański napastnik Hernan Rengifo otworzył wynik meczu. Po chwili Rafał Murawski trafił w poprzeczkę, a dobitka z głowy popularnego „Renifera” wylądowała w okienku bramki Szabolcsa Safara. Arbiter odgwizdał dopatrzył się faulu snajpera „Kolejorza”. W drugiej połowie po zagraniu ręką Murawskiego rzut karny na gola zamienił Milenko Ačimovič. Pięć minut przed końcem bramka Sławomira Peszki doprowadziła do dogrywki.
W dogrywce Lech podwyższył prowadzenie dzięki sprytnemu uderzeniu z dystansu w wykonaniu Roberta Lewandowskiego. Kilka chwil później Grzegorz Wojtkowiak nie upilnował Mathiasa Hattenbergera i to austriacki zespół był jedną nogą w fazie grupowej. Los chciał jednak inaczej. W doliczonym czasie gry dośrodkowanie Peszki przedłużył Lewandowski, piłka spadła pod nogi Arboledy, ten źle przyjął piłkę, a próbujący wybijać futbolówkę Hattenberger fatalnie skiksował. Piłka potoczyła się do nadbiegającego Murawskiego, który huknął po ziemi znajdując w gąszczu nóg kolegów i rywali drogę do siatki. Stadion oszalał! „Hitchcock nie napisałby lepszego scenariusza, niż dzisiaj napisało go życie!” – krzyczał do mikrofonu komentator TVP Sport, Michał Zawacki.
W fazie grupowej Lechici zremisowali u siebie z Deportivo La Coruña i Nancy, a wyjazdowa wygrana z Feyenoordem Rotterdam pozwoliła „Kolejorzowi” awansować do 1/16 finału, gdzie poznański zespół trafił na włoskie Udinese. W zimowej aurze na stadionie przy Bułgarskiej poznańska lokomotywa zremisowała po heroicznej pogoni 2:2 i aby myśleć o awansie należało wygrać bądź wysoko zremisować w Udine. Podobnie jak w meczu z Austrią początek spotkania należał do Lecha. W 13 minucie do bramki Emanuele Belardiego trafił Rengifo. Korzystny dla poznaniaków wynik utrzymał się do przerwy. W drugiej połowie gospodarze szybko doprowadzili do remisu po bramce Simone Pepe. Później Kwadwo Asamoah ładnym lobem nad Ivanem Turiną ostemplował poprzeczkę. Na początku doliczonego czasu gry Udinese wykorzystało niefrasobliwość Marcina Kikuta i rozwiało marzenia Lecha o awansie. Komentator tego meczu, Maciej Iwański z TVP Sport mógł tylko krzyknąć: „Kikut, rany boskie, jaka strata!” i odprowadzić wzrokiem podanie Asamoaha do Antonio Di Natale, który technicznym strzałem posłał piłkę obok bezradnego Turiny.
Fantastyczna przygoda „Kolejorza” była kontynuowana również w kolejnym sezonie. Choć eliminacje do Ligi Mistrzów przyniosły ogromne rozczarowanie – przepchnięty po serii rzutów karnych awans z azerskim Interem Baku i odpadnięcie w dwumeczu ze Spartą Praga – wymęczona wyjazdowa wygrana z Dnipro Dniepropietrowsk promowała Lecha do fazy grupowej Ligi Europy. Radość z awansu potrwała do momentu losowania, bowiem poznaniakom wylosowało się trudne – Manchester City, Juventus i FC Salzburg. Choć wszyscy rywale przeżywali kryzys wydawało się, że Lechici mogą myśleć jedynie o zajęciu 3. miejsca. Tymczasem poznański zespół wszedł w fazę grupową „z buta”. Na inaugurację zremisował 3:3 po szalonym meczu z Juve na Stadio Olimpico w Turynie i hat-tricku Artiomsa Rudnevsa. Po wygranej z Salzburgiem i wpadkach włoskiej drużyny w Poznaniu zaczęto nieśmiało przebąkiwać o szansie na awans z grupy.
Gdy na początku listopada z uwagi na słabe wyniki w lidze z posadą trenera pożegnał się Jacek Zieliński przy szansach Lecha pojawił się spory znak zapytania. Zatrudniony były zawodnik Barcelony, Jose Maria Bakero, zaliczył tzw. „efekt nowej miotły”. W 24 godziny od zatrudnienia poprowadził „Kolejorza” do sensacyjnej wygranej 3:1 nad „Obywatelami”. „Bomba” Dimitrije Injaca, szczęśliwa „główka” Manuela Arboledy i fenomenalny gol Mateusza Możdzenia sprawiły, że poznański stadion zatrząsł się w posadach. „Bakero oszalał, Given bezradny, 42 tysiące w euforii!” – wykrzykiwał Mateusz Borek, komentator stacji Polsat Sport. To był jeden z najpiękniejszych wieczorów przy Bułgarskiej w XXI wieku.
Lech z Bakero na ławce nie przegrał już meczu w LE. Remis 1:1 w Poznaniu z Juventusem sprawił, że poznaniacy zapewnili sobie awans na kolejkę przed końcem. Wyjazdowa wygrana z Salzburgiem była więc formalnością. Po wylosowaniu portugalskiego Sportingu Braga nastroje były umiarkowanie optymistyczne. Zdecydowanie poprawiły się po wygraniu pierwszego, domowego starcia 1:0. Niestety w rewanżu Portugalczycy rozwiali poznański sen o 1/8 finału już przed przerwą. Po raz kolejny mówiono o zaprzepaszczonej szansie, ale argumenty z rąk krytyków wytrąciła sama Braga, która zawędrowała aż do finału. W bratobójczym meczu górą było jednak FC Porto.
W sezonie 2011/2012 doczekaliśmy się jednej z najlepszych, biało-czerwonych kampanii w europejskich pucharach. Do wiosennego etapu rozgrywek dotarły Legia Warszawa i Wisła Kraków. Już w kwalifikacjach nie brakowało emocji. „Wojskowi” wygrali dwumecz ze Spartakiem Moskwa w doliczonym czasie gry rewanżowego spotkania na moskiewskim stadionie Łużniki. Złota „główka” Janusza Gola dała zwycięstwo Legii i awans do fazy grupowej Ligi Europy. Z kolei Wisła była o 4 minuty od bram raju, czyli fazy grupowej Ligi Mistrzów. Gol Ailtona na 3:1 dla APOEL-u Nikozja spuścił „Wiślaków” tylko do pucharu pocieszenia. Tym samym Wisła dołączyła do Legii.
Warszawski zespół dzięki dwóm wygranym nad Rapidem Bukareszt i domowemu zwycięstwu nad Hapoelem Tel Awiw już po 4 kolejkach świętował awans z grupy. Zgoła odmienne nastroje panowały w Krakowie. Trzy bardzo wysokie porażki z Odense, Fulham i Twente Enschede sprawiły, że z pracą pożegnał się trener Wiślaków, Robert Maaskant. Aby myśleć o awansie „Biała Gwiazda” musiała wygrać dwa pozostałe spotkania z Duńczykami i Anglikami, a także liczyć na korzystne rozstrzygnięcia w innych spotkaniach. I tu wydarzył się cud. Wisła wygrała w Danii 1:0, aby dwa tygodnie później pokonać Holendrów 2:1. W równolegle toczącym się spotkaniu Fulham – Odense tylko remis lub zwycięstwo duńskiego zespołu premiowało krakusów grą w 1/16 finału. Do 90 minuty londyński zespół prowadził 2:1, ale w doliczonym czasie gry Baye Djiby Fall wykorzystał dośrodkowanie z prawej flanki i celną główką pozbawił londyńczyków złudzeń. Informacja o remisie szybko dotarła do Krakowa, gdzie mecz zakończył się nieco wcześnie i stadion przy Reymonta eksplodował radością.
Losowanie przyjęto z umiarkowanym optymizmem. Legia trafiła na portugalski Sporting Lizbona, Wisła na belgijski Royal Standard de Liege. Warszawiacy osłabieni brakiem najlepszego zawodnika fazy grupowej, Miroslava Radovicia dwukrotnie prowadzili przy Łazienkowskiej i dwukrotnie roztrwaniali prowadzenie. Remis 2:2 nie był złym wynikiem, ale w Lizbonie trzeba było wygrać lub wysoko zremisować. Wygrał Sporting po golu Matiasa Fernandeza. Z kolei Wisła miała nieco łatwiejszego przeciwnika, ale nie pomogła sobie w sukcesie. W spotkaniu w Krakowie Michał Czekaj sprokurował rzut karny, wylatując jednocześnie z boiska z czerwoną kartką. Jedenastkę na gola zamienił Cyriac Gohi Bi, a zespół trenera Kazimierza Moskala przez ponad godzinę musiał gonić wynik. Tuż przed końcem remis uratował Cwetan Genkow. W rewanżu scenariusz był dość podobny. Bezbramkowy remis urządzał Belgów i takim wynikiem zakończyło się to spotkanie. Podobnie jak w Krakowie Wiślacy kończyli w dziesięciu, tym razem po czerwonej kartce Gervasio Nuñeza. Dwukrotnie większa szansa na awans polskiej drużyny została zaprzepaszczona.
Ostatnie dwie szanse na wiosenny sukces miała warszawska Legia. „Wojskowi” w sezonie 2014/2015 szturmowali bramy Ligi Mistrzów. Niestety szeroka autostrada do fazy grupowej została zatarasowana przez niekompetencję kierownik drużyny, Marty Ostrowskiej, która nie dopilnowała zawieszeń zawodników z poprzednich rozgrywek europucharów. Krótki występ Bartosza Bereszyńskiego skutkował walkowerem w wygranym dwumeczu z Celtikiem Glasgow. Osłodą dla kibiców Legii, którzy do dziś nie potrafili pogodzić się z decyzją UEFA, Szkoci odpadli w decydującej fazie ze słoweńskim Mariborem. Legia spadła do Ligi Europy, gdzie po pokonaniu FK Aktobe w ostatniej rundzie kwalifikacji „zgruzowała” grupę L z Trabzonsporem, Lokeren i Metalistem Charków, wygrywając aż 5 z 6 spotkań.
Los figlarz nie był jednak łaskawy w fazie pucharowej i skojarzył Legionistów ze słynnym Ajaxem Amsterdam. Dwumecz z Holendrami potwierdził porzekadło naszej obecnej emigracji, że „Polak Polakowi Polakiem”. Katem Legii okazał się być były zawodnik Górnika Zabrze, Arkadiusz Milik. Dwudziestojednoletni wówczas napastnik zapewnił Ajaxowi wygraną na Amsterdam ArenA 1:0. Wynik nie był zły, toteż w stolicy kraju liczono na sprawienie niespodzianki. Tymczasem już po kwadransie gry przy Łazienkowskiej było „pozamiatane”. Gol Milika i trafienie Nicka Viergevera przekreśliły nadzieje Legii na awans. Reprezentacyjny napastnik dobił „Wojskowych” w końcówce pierwszej połowy, ustalając wynik meczu na 3:0. Druga połowa była jedynie żałobnym konduktem po wiosennym sukcesie.
Dwa sezony później los ponownie skrzyżował drogi Ajaxu i Legii. Tym razem warszawiacy mieli za sobą udaną kampanię w Champions League, zakończoną awansem do fazy grupowej. Tam stworzyli niezapomniane widowiska w meczach z Borussią Dortmund (porażka 4:8) i Realem Madryt (remis 3:3). Podział punktów z Hiszpanami w połączeniu z domową wygraną nad Sportingiem Lizbona pozwolił Legii na miękkie lądowanie w 1/16 finału Ligi Europy i dalszą grę na wiosnę. Dwumecz z Ajaxem był zdecydowanie bardziej zacięty niż dwa lata wcześniej. Zarówno „Wojskowi” jak i „Joden” dysponowali lepszymi zespołami. Przewaga holenderskiej drużyny w obu spotkaniach przekuła się zaledwie w jednego gola na wagę awansu Ajaxu. Podobnie jak przed dwoma sezonami do bramki Legii trafił Viergever. Ajax dotarł aż do finału, gdzie uległ Manchesterowi United.
Dziewięć kolejnych prób polskich zespołów na wiosnę nie przyniosło zwycięstwo w dwumeczu. Tegoroczne podejście numer 10 w wykonaniu poznańskiego Lecha rozpoczyna się obiecująco. W drodze do fazy play-off Ligi Konferencji Europy „Kolejorz” nieprawdopodobnie męczył siebie i kibiców, ale ostatecznie awansował do fazy grupowej. W grupie B, dzięki wygranej w ostatniej kolejce z mającym zapewniony awans hiszpańskim Villarreal 3:0, poznaniacy zostawili w pokonanym polu Hapoel Beer Szewa i Austrię Wiedeń. W fazie play-off do 1/8 finału Lech trafił na norweski FK Bodø/Glimt. Wyrachowana gra w trudnych warunkach atmosferycznych, na sztucznej murawie w Norwegii przyniosła bezbramkowy remis, który z perspektywy poprzedniej kampanii zespołu trenera Kjetila Knutsena należy uznać za sukces. Na stadionie w Bodø nie poradziły sobie wcześniej Zoria Ługańsk, CSKA Sofia, Celtic, AZ Alkmaar oraz dwukrotnie AS Roma (w meczu grupowym Włosi przegrali w Norwegii 1:6!).
Przed „Kolejorzem” nieprawdopodobna szansa na przełamanie 32-letniej, fatalnej, wiosennej passy. W rewanżowym spotkaniu przy Bułgarskiej Lechici zagrają nie tylko dla siebie – po awans i kolejne pieniądze z tego tytułu, ale także dla całego polskiego futbolu. Skomplikowane zasady rozgrywek LKE pozwalają w tej fazie zbierać punkty jedynie do rankingu krajowego. Cała piłkarska Polska w czwartkowy wieczór będzie ściskać kciuki za poznaniaków, aby przeklęta wiosna, była wreszcie radosna.