
Wszyscy liczą na niespodzianki sprawiane przez nich, a jednocześnie wielu skazują na pożarcie jeszcze zanim zagrają chociażby minutę. Beniaminkowie to w tym sezonie Ekstraklasy bardzo ciekawy i nośny temat. Trzech przedstawicieli dużych miast zasiliło najwyższą klasę rozgrywkową i globalnie radzą sobie naprawdę dobrze. Paradoksalnie najgorzej wygląda drużyna, która… nie miała kłopotów z awansem. Czas zerknąć, jak do tej pory spisywały się ekipy GKS-u Katowice, Lechii Gdańsk oraz Motoru Lublin.
Zaczynamy od ostatniej wymienionej, która nieoczekiwanie jest najwyżej w tabeli po 15. kolejkach. W niedawnym wywiadzie u Tomasza Ćwiąkały, Mateusz Stolarski odnosił się do przedsezonowych spekulacji, w których Motor według niektórych ekspertów miał skończyć jesień na ostatnim miejscu z dorobkiem 5 punktów i w sytuacji, w której raczej nie będzie żadnych szans na walkę o utrzymanie wiosną, nawet po wzmocnieniach. Trener lublinian pokazał, że czynami można zrobić znacznie więcej, niż samymi słowami. Jakiś czas temu nowy wiceprezes Motoru, Łukasz Jabłoński, stwierdził na łamach Goal.pl, że zespół musi – tu cytat – “ubić 20 punktów” na koniec jesieni. Tymczasem po wygranych z Pogonią i Piastem już na koncie beniaminka ze wschodu jest 21 “oczek”. Przed Motorem jeszcze trzy spotkania, a szansę na kolejne punkty jak najbardziej realne. Przecież najbliższymi rywalami będą Zagłębie Lubin oraz Radomiak. Dopiero wyjazd do Częstochowy na zamknięcie jesieni zapowiada się na ten, który może punktów nie przynieść. Z drugiej strony podobnie miało być w Poznaniu, a lublinianie jako jedyni do tej pory wywieźli komplet punktów z Bułgarskiej.
Ze skrajności w skrajność
Początkowo kibice mogli narzekać, że mecze z udziałem Motoru są po prostu nudne. 0:2 z Rakowem, 2:0 z Lechią, 1:1 z Koroną oraz dwa kolejne bezbramkowe remisy z GKS-em Katowice i Puszczą, aż przyszła jedna strzelanina. Ta akurat nie na korzyść lublinian, bo skończyło się 2:5 przy Łazienkowskiej. Jeśli ktoś jednak myślał, że to się zmieni po wrześniowej przerwie reprezentacyjnej, ten musiał obejść się smakiem. Znowu 1:0 z Widzewem i 0:1 w Mielcu. Po chwili 0:2 z Jagiellonią oraz 2:1 ze Śląskiem Wrocław. Tutaj już zaczęła się ścieżka, która w październiku i na początku listopada była ewidentnie zachęcająca do oglądania meczów drużyny Mateusza Stolarskiego. Tuż przed październikową przerwą na kadrę było jeszcze “tylko” sensacyjne 2:1 w Poznaniu. Potem już rollercoaster i jazda bez trzymanki. Mecz z Widzewem przegrany 3:4 u siebie, chociaż Motor prowadził dwoma bramkami po kwadransie gry. Tam jednak “show” zrobił Kacper Rosa, drugi bramkarz zespołu, który po zerwanych więzadłach Ivana Brkicia, wskoczył do roli “jedynki”. Tydzień później znowu Motor świetnie wszedł w spotkanie, bo prowadził 1:0 i 2:1 w Krakowie. Tam skończyło się kompromitacją, bo tak trzeba nazwać wynik 2:6. Co ciekawe do 72. minuty utrzymywał się… remis, a chwilę przed stratą trzeciego gola, idealną sytuacje miał Mbaye Jacques Ndiaye, który minął Henricha Ravasa, ale strzelił zbyt lekko, co wykorzystali defensorzy Pasów. Potem już się posypało. Tyle że nadal Motor nie mógł powiedzieć, że jest źle z całą grą. Owszem stracił 10 goli w 180 minut, co było powodem do wstydu, ale finalnie strzelił też pięć, co mu się nie zdarzało wcześniej. Jednak Stolarski jasno powiedział, że nie ma zamiaru wywracać wszystkiego do góry nogami i za to przyszła nagroda. Najpierw 4:2 z Pogonią Szczecin, a tuż przed kadrą 3:2 w Gliwicach. Ponownie Motor strzelał gole w pierwszych dziesięciu minutach. Licząc cztery ostatnie mecze, ma już takich trafień aż pięć! Kibice w Kozim Grodzie mogą także się cieszyć z odblokowania Samuela Mraza. Z Portowcami skończył mecz z golem, chociaż mógł ich mieć więcej, ale w Gliwicach zanotował hat-tricka. W ten sposób lublinianie mają ogromny spokój przed końcówką rundy, gdyż nawet trzy porażki nie sprawią, że będzie trzeba gorączkowo bać się wiosny. Wydaje się jednak, że przy takiej grze raczej kibice mogą spodziewać się kolejnych zdobyczy, aniżeli oglądania pleców rywali.
Radosny futbol ze Śląska
Kolejny beniaminek łączy się mocno z poprzednim. Oba zespoły oczywiście w ubiegłym sezonie rywalizowały na szczeblu I ligi, ale w tym mają także punkty wspólne. Jednym z nich jest, a raczej był, Puchar Polski. Najpierw Motor, a potem GKS Katowice odpadli z trzecioligową Unią Skierniewice. Jednak to nijak nie przysłania dobrej gry ligowej. GieKSa jest zaledwie dwa punkty za lublinianami, ale podobnie, jak w przypadku tamtego beniaminka, tak również oni grają w sposób, który bardzo przyjemnie się ogląda. Po 15. kolejkach w ich spotkaniach kibice oglądają także ponad trzy bramki na spotkanie, co już samo w sobie jest świetną reklamą dla Rafała Góraka i spółki. Oczywiście, że zbierali już frycowe za swoją odważną postawę, ale zebrali także gromkie brawa. Przede wszystkim za trzy spotkania. 3:1 z Jagiellonią Białystok musiało robić wrażenie. Owszem katowicka ekipa trafiła na sierpniowy kryzys mistrza Polski, ale koncertowo go wykorzystała. Do tego dwa efektowne zwycięstwa w Krakowie przy Kałuży. Najpierw 6:0 nad Puszczą(!), a ostatnio 4:3 z Cracovią. Ta druga wygrana może mniej efektowna od pierwszej, ale także robiąca duże wrażenie. Zwłaszcza, że prowadzili 3:1, by stracić to w 90. minucie i mimo tego zgarnąć komplet punktów. Tamtego popołudnia wyróżniali się przede wszystkim Mateusz Mak – dwa gole – oraz Adrian Błąd, autor przepięknego trafienia zza pola karnego.
***
GieKSa to przede wszystkim najbardziej polski zespół w Ekstraklasie. Jedynymi obcokrajowcami są Marten Kuusk (Estonia), Borja Galan (Hiszpania) oraz Adam Zrelak (Słowacja). Ten ostatni jako jedyny z tego grona trafiał do siatki rywali. Tyle że były napastnik Warty Poznań już zakończył rundę jesienną przez kontuzje. Prawdopodobnie zatem w końcówce 2024 pierwszym wyborem na “9” będzie Sebastian Bergier. W ubiegłym sezonie to był przecież najlepszy strzelec drużyny z 13 trafieniami na zapleczu Ekstraklasy. Teraz jego dwa gole też dają mu miejsce w czołówce drużyny, a to wszystko dlatego, że najlepszymi snajperami są: wspomniany Zrelak oraz Arkadiusz Jędrych. Niektórym może być trudno uwierzyć, że takie miano jest przy… środkowym obrońcy. Jednak to etatowy wykonawca rzutów karnych, a także rosły zawodnik, który często korzysta na dobrze opracowanych stałych fragmentach gry. Dzisiejsze trzy gole po 15. kolejkach to zaledwie… 1/4 dorobku z ubiegłego sezonu. Tak, dobrze czytacie, Jędrych skończył pierwszoligowe rozgrywki z 12 bramkami na koncie jako szósty najlepszy “snajper” zaplecza!
Jednak wynik katowiczan obecnie trzeba docenić jeszcze bardziej z jednego względu. W ubiegłym sezonie do klubu z Bukowej wypożyczony był Antoni Kozubal. Ile znaczył dla tej ekipy mogą teraz przekonać się fani Ekstraklasy, którzy oglądają wychowanka Beniaminka Krosno w barwach Lecha Poznań. W listopadzie Kozubal dostał powołanie do dorosłej reprezentacji Polski, a już niektórzy wieszczą, że za kilka miesięcy Kolejorz może za tego piłkarza dostać potężną sumę pieniędzy.
Kłopoty finansowe i kłopoty boiskowe
Tak najkrócej można streścić sytuację Lechii Gdańsk. W ubiegłym sezonie zgarnęli awans przy Reymonta pokonując Wisłę Kraków w 32. kolejce 4:3. Tydzień później przypieczętowali zwycięstwo w I lidze w derbach z Arką, co jednocześnie przyczyniło się finalnie do braku awansu rywala zza miedzy i dało szansę GKS-owi Katowice na bezpośrednią rywalizacje w ostatniej kolejce ligowej. Skorzystał na tym oczywiście także Motor, który w finale baraży dobił Arkę na samym finiszu rozgrywek. Jednak Lechia po takim dobrym sezonie na zapleczu miała prawo myśleć, że w Ekstraklasie będą zespołem, który mocno zamiesza na najwyższym poziomie. Jednak boiskowe zmagania nieco zweryfikowały dotychczasowe poczynania gdańszczan. Po 15. kolejkach dopiero 16. lokata i miano drużyny otwierającej strefę spadkową. Co gorsza dla nich, że strata do pierwszej bezpiecznej drużyny – Stali Mielec – to cztery punkty. Za ich plecami przecież Śląsk Wrocław, który ma jeszcze zaległe spotkanie z Radomiakiem.
Tyle że Lechia tak naprawdę nie jest żadnym chłopcem do bicia. Wiele z ośmiu porażek wcale nie musiało się nimi zakończyć. Wyjazdy do ligowej czołówki, to przecież 2:3 w Białymstoku i 1:3 w Poznaniu. Zwłaszcza ten pierwszy mecz mogli uznać za naprawdę dobry. Gdańszczanie prowadzili tam 2:1, ale finalnie wrócili bez punktów, co mogło budzić poczucie niedosytu. Poza tym wygrali w Zabrzu i zremisowali w Gliwicach. Znacznie gorzej wyglądały wyniki z drużynami, które są sąsiadami w ligowej tabeli. Remisy we Wrocławiu oraz Kielcach, a także porażki w Mielcu i Krakowie(Puszcza). 2/12 możliwych punktów z czterema najgorszymi – oprócz Lechii – drużynami w tabeli to wynik słaby. Pocieszające dla Szymona Grabowskiegog może być to, że wiosną z nimi zagrają w Gdańsku. Jednak Polsat Plus Arena wcale nie jest jakąś wielką twierdzą tego zespołu. Pięć punktów przed swoimi kibicami w siedmiu meczach to nie jest dobry wynik. Owszem, można zrozumieć porażki z czołówką – Raków, Cracovia czy Legia, ale przecież Raków przegrywał tam do 87. minuty i dopiero wtedy odwrócił losy spotkania! Z grona drużyn przyjeżdżających nad morze pokonali jedynie Radomiaka, czyli najniżej sklasyfikowaną ekipę spośród rywali…
***
Niestety po raz kolejny ciała dała komisja licencyjna. W Gdańsku ponownie są kłopoty z płaceniem na czas. W zasadzie regularnie piłkarze Lechii nie mają, co liczyć na wypłaty. Obecnie mówi się o dwóch miesiącach zaległości, a przypomnijmy, że przy trzech piłkarze mogą przecież składać wnioski o rozwiązanie kontraktu z winy kluby. Do tego jeszcze daleko, a ciekawe rozwiązanie według mediów zaproponował właściciel klubu Paulo Urfer. Jeśli zawodnicy nie dostaną do umówionego terminu wypłat za zaległe premie za awans, wówczas… ta premia zostanie podwojona i wypłacona w przyszłości. Spore ryzyko bierze na siebie właściciel, ale także piłkarze, którzy może będą mieli wszystko na papierze lecz nie wiadomo czy na kontach również. Tymczasem w tym tygodniu można było już przeczytać informacje o tym, że… Lechia planuje zimowy obóz oraz okienko transferowe w celu wzmocnienia zespołu. Na początek jednak warto spłacić stare zaległości, a nie tworzyć nowe długi. Oczywiście to nie jest jeszcze poziom Kotwicy Kołobrzeg i prezesa Adama Dzika, który uprawia piłkarską patologię na oczach całej Polski, ale niestety widać, że nad morzem do ideału jeszcze bardzo daleko.
Najlepszy sezon?
Oczywistym jest, że Motor punktuje ponad oczekiwania, ale nadal daleko mu do miana najlepszego beniaminka po 15. kolejkach w XXI wieku. W tym aspekcie lepszych było dziewięć klubów w analogicznym okresie. Co ciekawe tylko jeden z nich wówczas spadł. Mowa o GKS-ie Bełchatów, który miał po piętnastu meczach 26 punktów, a mimo tego poleciał z ligi. To tym lepsze, że w pierwszej połowie sezonu zasadniczego uzyskał 26, a w drugiej połowie zaledwie… 5 “oczek”. Później jeszcze dzielenie punktów i razem z Zawiszą Bydgoszcz polecieli w dół. Zresztą tamten spadek dla jednych i drugich do dzisiaj ma konsekwencje.
Warto jeszcze porównać liczbę punktów beniaminków globalnie. W ubiegłym sezonie w tym samym okresie Puszcza, Ruch i ŁKS zamykały ligową tabelę. Finalnie tylko Żubry uchroniły się przed relegacją. Tyle że po 15. kolejkach cała trójka miała na swoim koncie łącznie 30 punktów. Zestawiając to z dzisiejszymi 51 punktami, mówimy o dorobku aż o 70% lepszym na korzyść Motoru, GKS-u oraz Lechii. Przepaść spora, a co ciekawe w XXI wieku najlepszy wynik całej trójki beniaminków wynosi 92 punkty. Zważywszy na fakt, że do półmetka sezonu jeszcze jest sześć okazji na punkty(cała trójka ma po dwa mecze do rozegrania), to jest ogromna szansa na rekordowy sezon. Oczywiście, jeśli nie będzie żadnej zapaści po zimowej przerwie. Wydaje się jednak, że Lechia może być tylko mocniejsza, a okienko transferowe zechce wykorzystać także Zbigniew Jakubas w Motorze, który ma wysokie ambicje. Warto dodać także, że wiosną GKS Katowice będzie grać już na nowym obiekcie, gdyż wysłużona Bukowa przejdzie do historii, razem z legendarnym Blaszokiem.